Podróż z wybrzeża do Doliny zajęła nam jedenaście godzin. Po drodze były przerwy, obiad, trochę ruchu. Leonard dał radę, bez większych kryzysów. To dobry znak na przyszłe, dłuższe wyjazdy.
Kiedy dojechaliśmy, pierwsze co zrobiliśmy, to rozpakowaliśmy auto i usiedliśmy. Mieszkanie było w dolinie, z tarasem i wyjściem prosto na szlak. Duży salon, wydzielona sypialnia, czysto i prosto. Dokładnie tak, jak lubimy.
Już pierwszego dnia poznaliśmy sąsiadów. Mrówki gmachówki drzewotoczne. Podobno największe w Europie. Jedna zaglądała codziennie na taras. Leo obserwował ją z ciekawością, jakby to było jego wakacyjne zwierzątko.
Tata i Leo zabrali z domu auta RC do jazdy w terenie. Trasa była od razu za domkiem. Gdy oni jeździli, ja miałam chwilę na książkę, zdjęcia albo ćwiczenia.
Dolina Hrabovska to dobra baza wypadowa. Jest jezioro — zimne, ale weszliśmy. Jest największy park linowy w koronach drzew na Słowacji Tarzánia, rowery, supy i ścieżki edukacyjne. Wszystko w zasięgu ręki.
Na miejscu spróbowaliśmy też lokalnych bryndzových halušek z grillowanym oscypkiem. Resztę posiłków robiliśmy sami i jedliśmy na tarasie. Nawet zwykły chleb z masłem orzechowym i bananem na świeżym powietrzu smakował inaczej.
Popołudnia spędzaliśmy różnie. Czasem na tarasie z mrówką, czasem oglądając zawody w bike parku, a czasem wjeżdżając kolejką na górę. Leo, mimo że nie był pierwszy raz, nadal miał w oczach ciekawość.
Z Doliny przywieźliśmy miłość do hamakowania. Kawałek tego miejsca mamy teraz rozwieszony w naszym ogrodzie.
Dolina była naszym domem przez dziewięć dni. Wracaliśmy do niej po każdym wypadzie zmęczeni i zadowoleni. Pierwszy poranek zaprowadził nas dalej, niż planowaliśmy.



