Dzień zaczęliśmy od kolejnego śniadania na tarasie, potem w drogę do Doliny Cutkovskiej. Już na starcie poczuliśmy, że będzie dobrze – na szlaku tylko garstka ludzi, a przy chałupach króliki i gęsi, jakbyśmy trafili do zoo..
Ścieżka edukacyjna z dziesięcioma przystankami pomogła nam utrzymać motywację Leo. Były studnie, potok, baranki, spotkaliśmy pasterza i psy pasterskie, które pilnowały stad, niektóre naprawdę duże. Sam szlak był prosty, więc Leo chwilami się nudził i w pewnym momencie usiadł na środku drogi. Na szczęście spotkaliśmy Słowaka biegającego rano doliną. Zachęcił Leo, że na końcu czekają tablice edukacyjne do zabawy. Dzień robi się ciekawszy… Tata Szymon niósł Leo kawałek drogi na rękach — lekko nie było, ale udało się ruszyć dalej.
Dotarliśmy razem do rozwidlenia, przy którym była droga do wodospadów. Chłopcy zawrócili na deser, a ja poszłam dalej – na Jamiste Wodospady. Szlak leśny, przyjemny i pusty — spotkałam tylko jeden ślad buta. Potem skierowałam się do Jeleni Wodospad. Krótkie, strome podejście, ale miejsce… niby kapie tylko odrobina wody, ale mech porastający skały tworzy magiczny klimat i zapach, który zapamiętam na długo.
Po zejściu na dół chłopaki siedzieli już przy lodach, Leo zawarł pierwsze znajomości a my zamówiliśmy podpłomyki w Tatrance — proste, ale pyszne.
W drodze powrotnej podjechaliśmy jeszcze do uzdrowiskowej miejscowości Lúčky, żeby zobaczyć wodospad Luczański – największy wodospad trawertynowy na Słowacji. Łatwo dostępny z parkingu, można podejść spacerem, a otoczenie i skala robią wrażenie. Miasteczko ma swój klimat spa – zielono, spokojnie, ludzi nie za dużo i iście uzdrowiskowa aura.
Wieczorem zjedliśmy naleśniki na tarasie. Lekki dzień, ale pełen momentów.
Kolejny dzień to zmiana klimatu. Zamiast szlaków w lesie — zejście pod ziemię i chłód Demianowskiej Jaskini. A później Jezioro Vrbické, największy naturalny zbiornik w Tatrach Niskich (1113 m n.p.m.). Idealne miejsce na zdjęcia i spokojny spacer.










