Dzisiaj zaplanowaliśmy trasę przez Dolinę Prosiecką. To jedno z tych miejsc, które na zdjęciach robią wrażenie, a na żywo jest jeszcze lepiej. Mówi się, że to jedna z najładniejszych dolin na Słowacji — i już od pierwszych kroków wiedzieliśmy, że nie są to przesadzone opinie.
Szlak był różnorodny. Trochę skał, trochę metalowych drabinek i łańcuchów. Do tego wapienne ściany, liściaste lasy i wodospad Czerwone Piaski, który mimo że latem nie porywa ilością wody, to nadrabia klimatem. Woda chłodna, przejrzysta. Leo wskoczył na kamień, pomoczył ręce i wyglądał na zadowolonego. Zrobiliśmy tu dłuższy przystanek. Leo rozłożył się na kamieniu, my złapaliśmy oddech. Przechodziło kilka osób, ktoś się uśmiechnął, zamieniliśmy parę zdań. Fajnie było zobaczyć, że mimo bardziej dzikiej trasy ludzie mieli w sobie spokój i życzliwość.
Tego dnia Leo był nie do zatrzymania. Sam prowadził, mapę trzymał w dłoni, czasem żądał czekolady, czasem komentował otoczenie. Nawet wtedy, gdy zabłądziliśmy na rozwidleniu i trzeba było zawrócić — nie było dramatu. Znaleźliśmy dziką, nieoznaczoną ścieżkę z przewalonymi drzewami i korzeniami do przeskakiwania. Dla Leo to była przygoda dnia.
Całość moglibyśmy zrobić jako pełną pętlę — z Doliny Prosieckiej do Kwaczańskiej i z powrotem. To około 17–20 kilometrów. Ale ten dzień był o Leo, jego tempie i tym, żeby dobrze zapamiętał drogę. Szliśmy z nim, nie przed nim.
Po zejściu na dół były zasłużone lody i plac zabaw. Wieczorem klasyka — kolacja na tarasie i nasza znajoma mrówka, która ani razu nie odpuściła spotkania. Las pachniał intensywnie, jakby zbierał się na deszcz.
Kolejny dzień planujemy spokojniejszy. Trochę odpoczynku, kąpiele z widokiem, lawendowe lody i McDonald’s w totalnie zaskakującym miejscu.












