Dzień zaczęliśmy od emocji tuż pod domkiem. Trwały zawody downhillowe. Zawodnicy przelatywali przez kamienie i korzenie, skakali jakby nie było jutra. Leo patrzył z zachwytem. Może kiedyś spróbuje? A może ja? Kto wie.
Potem ruszyliśmy nad Liptowską Marę, największe jezioro zaporowe na Słowacji, znane też jako Morze Liptowskie. Zjechaliśmy na parking niedaleko małego kościółka, a potem już tylko kilka kroków dzieliło nas od jednej z dzikich plaż. Brzeg był kamienisty, więc bez klapek robiło się ciekawie, ale widoki wszystko rekompensowały. Woda zimna, powietrze ciepłe. Idealne warunki na błotne zabawy, leżenie i totalny reset.
Po kąpieli pojechaliśmy do Liptowskiego Mikulasza. Najpierw lody na rynku – malina z rozmarynem i lawenda wygrały wszystko. Takie połączenia zostają w głowie na długo. Obiad? McDonald’s. Szybko, prosto, ale z widokiem jak z pocztówki. Góry w tle, miasto gdzieś daleko. Tym razem to miejsce naprawdę miało swój klimat.
Kiedy wróciliśmy nad jezioro, Leo wypatrzył wypożyczalnię rowerków wodnych. Marzył o takim rejsie, więc tym razem to on został sternikiem. Siedział skupiony, prowadził jak kapitan. My tylko siedzieliśmy z boku i staraliśmy się nie przeszkadzać.
Wieczorem wróciliśmy na taras. Mrówka już czekała. A na naszych ramionach – pamiątka z całego dnia, czyli krzywe wzory od kremu z filtrem. Dobrze było.
Jutro średniowieczny zamek i najdłuższy drewniany most w tej części Europy. Będzie zupełnie inny klimat.






