Ten dzień zaczął się od małego kryzysu. Leo ma teraz etap „mamozy”, więc moje plany wczesnego wyjścia musiałam trochę nagiąć. Najpierw sprowadziłam chłopaków na ich atrakcję – zjazdy trójkołowcami z góry. Zrobiłam im kilka zdjęć i tym razem kibicowałam z boku. Dopiero wtedy ruszyłam na własny szlak.
Miałam tylko kilka godzin, więc wybrałam coś lekkiego – trasę do stawu Huťský. Typowo karkonoski klimat: źródełka, jagody, grzyby, zapach sosny. Prosty, spokojny spacer, ale dokładnie taki, jakiego potrzebowałam – dla głowy i dla ciała.
W tym czasie chłopaki zdążyli już zaliczyć lody i trampoliny. Gdy wróciłam, namówili mnie jeszcze, żebym przyszła z nimi na tor saneczkowy. Ja zostałam kibicem, uchwyciłam kilka ujęć na pamiątkę, a potem razem poszliśmy na obiad do restauracji Zetka. Jedzenie naprawdę pozytywnie nas zaskoczyło.
Popołudnie spędziliśmy na kąpielisku. Miejsce z klimatem, idealne na odpoczynek. Leo był zachwycony kąpielą i próbował nawiązywać nowe znajomości. Dla nas to była dobra równowaga – po intensywnych dniach wreszcie trochę oddechu.
Kolejny dzień to powrót w góry – dłuższa trasa, kryzysy i odkrycia po drodze, a na końcu gigantyczna naturalna ślizgawka.






















