Ostatni pełny dzień w Harrachovie miał być spokojny, a wyszedł intensywny. Nie żałujemy – bo właśnie tak zapamiętamy ten wyjazd.
Zaczęło się od naszego małego rytuału: sprawdzania jabłka na tarasie. Codziennie podjadały je ptaki, ale tym razem zniknęły większe kawałki. Podejrzewamy, że odwiedziła nas sarenka.
Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Muzeum Górnictwa. Zaparkowaliśmy w okolicy Rýžoviště i weszliśmy na szlak. Droga częściowo pokrywała się z trasą na Mumlavski wodospad, ale skręciliśmy wcześniej. Leo po drodze wypatrzył ogromną dziurę – pozostałość po dawnych wykopaliskach z lat 1947–1992. Tajemnicze miejsca zawsze dodają mu energii, więc szybciej ruszył w dół.
Zwiedzanie kopalni trwało około 45 minut, w środku było tylko 7 stopni. Byliśmy przygotowani, ale niektórzy przyszli w sandałkach – co wyglądało dość komicznie. Przewodniczka mówiła po czesku, a Szymon tłumaczył nam szczegóły. Leo był zachwycony, my również.
Po wyjściu zatrzymaliśmy się na obiad – pizza i deserowa wersja z Nutellą, bananem i orzechami włoskimi była świetnym wyborem. Potem przyszedł czas na kolejny punkt – bunkry, które Szymon wypatrzył na mapie. Ruszyliśmy trochę „na dziko”, przez krzaki, w pełnym słońcu. Z perspektywy czasu nie był to najlepszy pomysł, ale adrenalina i ciekawość zwyciężyły. Udało nam się wejść do dwóch z czterech bunkrów. Leo był zachwycony, a my mamy pewność, że tę wyprawę zapamięta na długo.
Resztę dnia spędziliśmy spokojniej. Odpoczynek przy chacie, książka, Terenwizja, a potem spacer po drobiazgi: magnes, nowe autka do kolekcji i malutka zmotka. Był też plac zabaw, tyrolka i szybkie ochłodzenie w źródełku.
Na sam koniec dnia poszliśmy jeszcze na spacer po miasteczku. Były ostatnie kadry na pamiątkę, desery lodowe i zachód słońca w tle – takie zamknięcie, które trudno byłoby zaplanować lepiej.
Rano czekała nas droga powrotna – ale zanim to nastąpiło, złapaliśmy jeszcze kilka ostatnich leśnych momentów, żeby nie żegnać się z Harrachovem zbyt szybko.




























