Dzień zaczęłam od diclofenacu. Kontuzja od skakanki przywieziona z domu wciąż się przypominała, ale szkoda było siedzieć w miejscu.
Po śniadaniu poszliśmy na kolejkę tuż pod domem. Wjechaliśmy na Malino Brdo, a stamtąd wyruszyliśmy szlakiem do Vlkolínca. To niewielka wioska wpisana na listę UNESCO. Drewniane domy stoją tu w rzędzie tak, jak setki lat temu. To nie jest skansen — ludzie tu mieszkają, a życie toczy się swoim rytmem.
Po drodze mijaliśmy mini zoo Sidorovo. Brama była zamknięta, ale część zwierząt kręciła się blisko ogrodzenia. Kozy, owce, króliki. Leo podchodził bliżej i obserwował każde z nich, jakby chciał się upewnić, że widział wszystkie.
Dzień był ciepły, więc każde źródełko po drodze było małym ratunkiem. Żelki działały jak paliwo i trochę urozmaicały drogę, bo dla Leo trasa chwilami była nużąca.
Kiedy dotarliśmy do Vlkolínca, zrobiliśmy spacer po wiosce. Drewniane domki, mała kawiarnia, zapach świeżo mielonej kawy. Mało turystów, cisza. Można było spokojnie obejść całą wioskę i zajrzeć w boczne uliczki.
Na koniec zjedliśmy lody. Proste i idealne na taki dzień.
W drodze powrotnej Szymon pomógł dwóm motocyklistom, którzy utknęli na stromym zejściu. Raczej nie spodziewali się, że droga z góry do wioski jest tak wymagająca.
Kiedy chłopaki wracali na kolejkę, ja skręciłam w stronę szlaku na Sidorovo (1099 m). Ścieżka była krótka, ale stroma i prowadziła przez las. Spotkałam tylko jedną osobę. Na górze widok na Tatry, Wielką Fatrę i Liptów. Było warto.
Na obiadokolację pojechaliśmy do Hamborghini w Ružomberoku. To nasza pierwsza wizyta w tym miejscu. Burgery były świetne, składniki świeże, mięso dobrze wysmażone. Atmosfera luźna i przyjemna.
Wieczorem wróciliśmy do Doliny. Kolacja na tarasie i odpoczynek.
Następnego dnia ruszyliśmy w kolejne miejsce. Zapowiadało się ciekawie, ale po dwóch dniach chodzenia w górach Leo miał już mniejszy zapał. Był mały kryzys, ale też dobra motywacja i jedzenie, które zrekompensowało wysiłek.








