Z rana poszliśmy do kawiarni z widokiem. Taka przyjemna miejscówka, gdzie chce się usiąść i po prostu chwilę pobyć. Chłopaki oczywiście od razu zamówili lody, ja wzięłam sernik, ale bitą śmietanę zjadł Leo – klasyka.
Później zeszliśmy w dół, do lasu. Przeszliśmy fragment Drogi Niedźwiedzia – to taka edukacyjna ścieżka o niedźwiedziu brunatnym, ale nie szkolna, tylko przyjemna. Po drodze trafiliśmy na duże, drewniane figury niedźwiedzi, które bardzo spodobały się Leo. Wypatrywał ich z zapałem, jakby to była jakaś gra terenowa.
Zatrzymaliśmy się przy placu zabaw z widokiem i domkiem na drzewie. Leo wpadł tam jak burza, a my mieliśmy moment na złapanie oddechu i chwilę ciszy. Było spokojnie, bez planu, bez pośpiechu.
Po drodze na obiad podziwialiśmy tyrolki – zjazdy nad wodą robiły wrażenie. Jedni jechali z krzykiem, inni jakby robili to codziennie. Ja tylko patrzyłam. Może następnym razem się skuszę?
Po obiedzie klasyk: hamak, książka i nicnierobienie. Mieliśmy ze sobą Przewodnik Małego Odkrywcy – Na dworze z wydawnictwa Dwie Siostry. Leo często do niego zaglądał, a mnie teraz będzie się już kojarzyć z tym konkretnym miejscem.
Wieczorem poszliśmy na spacer na zachód słońca. Nic wyjątkowego, ale lubimy takie końcówki dnia, kiedy nic już nie trzeba. A potem naleśniki na tarasie. Cicho, domowo, tak jak lubimy najbardziej.
A następnego dnia, tuż po śniadaniu, chłopaki wpadli jeszcze raz do kawiarni po magnesy. I właśnie wtedy pani zza lady wspomniała o leśnym szlaku z mostkami i drabinką, o którym nie mieliśmy pojęcia. Chciałabym Wam napisać, że to było nasze zaplanowane pożegnanie z tym miejscem… ale tak naprawdę prawie je przeoczyliśmy. Na szczęście nie daliśmy się długo namawiać – pobiegliśmy od razu. Była frajda, były przeszkody, trochę śmiechu i trochę błota. Taki szybki wypad przed powrotem. Frajda na pożegnanie.






